Fragment książki!

Szkoła

 

Przechodzą z torbami przez bramę i idą boso, aby zahartować podeszwy stóp. Nessa wie, że przyjaciółka idzie wolniej, niż by mogła, żeby zaoszczędzić jej wstydu. Obie milczą. Jest piękny wieczór, zapowiadający nadejście jesieni. Kraczące wniebogłosy wrony wypełniają drzewa szarymi i czarnymi piórami. Raz po raz grupka ptaszysk poderwie się do lotu i zatoczy koło nad porośniętymi bluszczem budynkami internatu i obiektami klasztornymi skrytymi między nimi. Tak, Szkoła Przetrwania w Boyle stanowi toporny miszmasz starego i nowego, ale widok tych budynków zawsze przynosi Nessie ukojenie. Mimo że kocha rodziców, to tutaj jest jej prawdziwy dom, gdzie wszyscy stoją w obliczu tego samego zagrożenia i strachu, ale też dzielą te same nadzieje.

Sto metrów od głównego wejścia Anto wychodzi im naprzeciw. Uśmiecha się, trochę nieśmiało – myśli Nessa, i musi mocno się starać, aby uśmiech nie rozświetlił całej jej twarzy. Nie mogą być razem, i tyle. Nie mogą.

– Jak leci? – pyta z dublińskim akcentem, przeciągając samogłoski we wszystkie możliwe złe strony. – Co tam ciekawego widziałyście w Donegalu? Pewnie same bajora?

Choć jest przystojny i ma ten szelmowski wyraz twarzy, Megan wywraca na jego widok oczami.

– Muszę oddać tę powykręcaną przez Croma pracę Indyczce – mówi. – Nie mam zamiaru tracić czasu na takich jak ty, Anto, parszywy dublińczyku.

Odchodzi i zostawia pozostałych dwoje sam na sam z krępującą ciszą. Nessa docenia, że Anto nie oferuje jej pomocy przy niesieniu torby, że nigdy nie widziała litości w jego oczach. Anto najbardziej lubi się śmiać i wszędzie, gdzie się znajdzie, zaraża swoją radością.

Ale teraz się nie śmieje. Idą bliżej siebie, niż wypada, oddychają w jednym rytmie, patrzą przed siebie i myślą o tym samym: o tym, jak Nessa niechcący całowała się z nim przez całe dziesięć minut.

To stało się tego dnia, kiedy zabrali Tommy’ego. Był to pierwszy raz, kiedy na własne oczy przekonała się, co Sídhe naprawdę mogą im zrobić, jej zrobić. I w jednej chwili uwolniły się wszystkie jej tęsknoty, pękła tama, którą zbudowała, aby je powstrzymywać. Teraz musi ją odbudować. Mocniejszą niż kiedykolwiek wcześniej.

Niemal docierają do głównego wejścia, kiedy Anto mówi:

– Dlaczego nie?

Nessa nie musi pytać, co chłopak ma na myśli. Zatrzymuje się i zmusza go, by zrobił to samo.

– Powiedziałeś, że podobają ci się moje włosy – mówi.

– Powiedziałem. – Lewą ręką bawi się krzyżykiem, który dała mu matka. Już wie, że odpowiedź mu się nie spodoba.

– Ogoliłam je.

– Oczywiście, Nesso. Nabil radził, żebyśmy wszyscy to zrobili. Obciąłem warkocz.

– Tak, Anto. A ja lubiłam mieć włosy. Kiedy jadę do domu, mama płacze na widok mojej łysej głowy. Ale teraz nic… nic mnie nie złapie za włosy, rozumiesz? Kiedy Sídhe przyjdą po mnie, będzie jedno zmartwienie mniej.

– Oczywiście. – Blednie na twarzy. Nienawidzi tego. Nienawidzi rozmawiać o tym nieuchronnym dniu, kiedy przyjdą po nich wszystkich. Ale jednocześnie nikt nie wie, jak tego uniknąć. Wszyscy mają marzenia. Wymykają się nieuniknionemu, tworzą związki i starają się rozproszyć czarne myśli. Za dużo jedzą. Za mało trenują. Mówią po angielsku zamiast w sídhe.

Mówi mu to samo, co kiedyś powiedziała rodzicom:

– Zamierzam przeżyć. – Stara się, by jej głos brzmiał chłodno, i tak też brzmi. – To się już nie powtórzy, to po Tommym. Nie jestem już zainteresowana.

Anto nie może wejść do internatu dziewcząt. Nessa zostawia chłopaka u stóp schodów; twarz ma pustą jak kartka. Nie ogląda się, ręce nie drżą jej ani trochę. Radzi sobie z tym coraz lepiej. Nessa zna Anto. Wie, że zostawi ją w spokoju.

Cudem trzyma się jakoś do chwili, gdy dociera do szczytu schodów. Ma ściśnięte gardło, ale nikt tego nie zobaczy, a przyśpieszony oddech można wytłumaczyć dźwiganiem ciężkiej torby.

Mimo tego, co powiedziała o rozpraszaniu się, Nessa jest większym zagrożeniem dla Anto niż on dla niej. Wie najlepiej ze wszystkich, jak wiele w nim łagodności. To głupie. Zupełnie bez sensu. Na Croma, jak ją to złości! Nikt, kto myśli tak jak on, nie przetrwa ani minuty w innym świecie. Anto umrze i nie będzie to szybka śmierć.

Przestań! Natychmiast przestań! Nie może pozwolić sobie na takie myśli. Więcej niż raz sprawiły, że robiła się… lekkomyślna, że kręciły ją te głupstwa w stylu Romea i Julii.

Przeszła przez wahadłowe drzwi do długiej, rzęsiście oświetlonej sypialni na trzydzieści łóżek. Dwadzieścia sześć z nich było zajętych, ale to Piąty Rok, decydujący rok, kiedy większość lokatorek zostanie Wezwanych. Dowód na to znajduje się piętro wyżej, gdzie w sypialni dla dziewcząt Szóstego Roku stoi tylko dziesięć łóżek, z czego zajętych jest zaledwie pięć. Jeśli chodzi o Siódmy Rok, to zostało już tylko dwóch chłopców i jedna dziewczyna, ale do Bożego Narodzenia znikną i oni.

Nikt nie zachowuje się jednak tak, jakby w to wierzył. Antoinette nawet pali przy otwartym oknie i śmieje się do reszty dziewcząt, unosząc swoje ciemne pulchne policzki. Jest już ich tutaj co najmniej piętnaście. Wysportowanych dziewczyn z każdego zakątka Irlandii, których urodziny przypadają na koniec września i początek października.

Nicole plotkuje z Maryą. Emma o piskliwym głosie kryje się w tyle, a z najdalszego kąta Liz Sweeney patrzy wilkiem na każdego z osobna.

Wszystkie były przez dwa tygodnie w domu i mają mnóstwo do opowiedzenia. Aoife trzyma torbę z ciasteczkami upieczonymi przez babcię z Polski. To stamtąd wzięły się jej blond włosy i przesadna wielkoduszność, ale akcent ma tak samo paskudnie dubliński jak Anto.

– Słyszałaś, że Ponzy’emu się udało?

– Tak! – Nessa wreszcie czuje, że napięcie schodzi jej z barków. – Dobry stary Ponzy! Wróci jako weteran?

– Nie wiem… Na razie został w domu. Nie mogę się doczekać, aż wszystko opowie. Hej, wzięłaś ciastko?

Nessa oczywiście nigdy nie bierze ciastka. Kręci głową.

Zgodnie z obietnicą, Megan poszła złożyć pracę do pani Breen, zwanej Indyczką, dyrektorki szkoły. Nessa może więc rzucić rzeczy na łóżko koleżanki, dopóki się nie zorganizuje.

Najpierw wyciąga z torby Historię Sídhe: sto stron zawierających całą wiedzę o gatunku, który zaprzysiągł zagładę Irlandczykom. Istnieją, oczywiście, obszerniejsze książki o nich, liczące w niektórych przypadkach tysiące stron. Ale ich autorzy nie mają zbyt wiele do przekazania poza strachem i spekulacjami. Nessa woli fakty i nie ma w Historii akapitu, którego nie znałaby na pamięć.

Następna książka jest opasłym tomiszczem. Zawiera Świadectwa z ostatniego roku: relacje chłopców i dziewcząt, którzy wrócili z krainy Sídhe żywi i w na tyle dobrej kondycji psychicznej, by opowiedzieć, co widzieli i słyszeli.

Ostatnia książka, prezent od mamy, kiedy pierwszy raz wyjeżdżała z domu, to Dánta Grádha – wybór poezji miłosnej. Opiewającej dokładnie to, czym, jak powiedziała Anto, nie jest w ogóle zainteresowana. I w tym przypadku większość fragmentów zna na pamięć.

Drzwi wahadłowe znowu się otwierają. Pojawia się w nich Sarah Taaft; wygląda jak jedna wielka bryła mięśni. Amerykańska komandoska musi być grubo po czterdziestce, jest ogorzała od wiatru i słońca, ale wcale nie złagodziło to jej charakteru.

– Idziemy biegać! – krzyczy po angielsku. Nigdy nie nauczyła się ani słowa w języku sídhe. – Wskakujcie w dresy.

Nessa przez chwilę odczuwa lęk, gdy prześlizguje się po niej spojrzenie jasnych oczu.

– Idziesz, Nesso?

– Oczywiście, że idę. – Czuje rumieniec wypływający jej na twarz, ciemniejący, gdy Taaft wywraca oczami.

– Nie będziemy na ciebie czekać.

– Nigdy nie czekacie.

Nessa nie potrzebuje ich współczucia. Przebiera się jako pierwsza. I żadna nie może jej dogonić podczas zbiegania po schodach. Wypracowała technikę polegającą na unieruchomieniu nóg i ześlizgiwaniu się po stopniach na twardych podeszwach stóp. Mając do dyspozycji tylko ręce, którymi trzyma się poręczy i ściany, żeby zachować równowagę, zawsze jest o włos od upadku.

Taaft krzyczy na nią.

– W krainie baśni nie ma żadnych cholernych schodów, dziewczyno! Tam w niczym ci to nie pomoże!

Nessa uderza o podłogę z ogromną prędkością i upada precyzyjnie, po czym prześlizguje się po wypolerowanych płytkach aż do głównego wejścia.

Właśnie na tę chwilę trafia Chuckwu z torbami na ramionach.

– Co robisz na podłodze? – pyta.

– Idę biegać, oczywiście.

Nessa nie przyjmuje pomocy przy wstawaniu. Słyszy już rumor i śmiechy pozostałych dziewcząt, które zbiegają po schodach za jej plecami.

– Muszę spadać.

Odtąd do drzew może tylko kuśtykać i po chwili cała klasa ją wyprzedza. Jest tu uśmiechnięta Antoinette, która przesyła jej woniejącego tytoniem buziaka, a Liz Sweeney próbuje się przepchać do przodu. Pojawiła się nawet Megan, naciągająca w biegu bluzę.

– Ta cholerna indycza suka! Opowiem ci później, Ness…

I wreszcie nadciąga Taaft, mijając ją truchtem.

– Poważnie, dziewczyno…

Potem znikają. Nessę bolą już nogi, kiedy dociera do drzew, ale nie pozwala sobie na odpoczynek.

– Trzymaj się zasad – mruczy pod nosem. – Trzymaj się zasad.

Teraz jest już w tym mistrzem. Namierza wzrokiem gałęzie odpowiedniego rozmiaru i dokładnie wie, jak je przełamać, a chwilę później ma już parę sprężystych kul.

Nessa ma najsilniejsze ręce ze wszystkich. Na krótkich podpórkach potrafi dotrzymać kroku większości biegaczy z klasy, zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Ale nie dziś. Dziś będzie pętla, jak to nazywają.

Trasa zajmuje jej godzinę. Najpierw pędzi do doliny między wzgórzami, gdzie jej kule ślizgają się niebezpiecznie na pierwszych w tym roku opadłych liściach; potem wijącą się ścieżką na grzbiet, aż wreszcie, gdy zapada zmrok, dociera do formacji skalnej nazywanej Staruszkiem. Siedzi tam samotna sierżant Taaft, z butelką zakazanego piwa w dłoni.

Nessa zatrzymuje się, zanim się do niej zbliży. Drży i jest zlana potem, dyszy o wiele ciężej niż jej koleżanki na tym etapie.

– Daj sobie spokój, dziecko – mówi Taaft. – Wróć do domu.

Nessa dusi w sobie ciętą ripostę. Lepiej nie podpadać Taaft. Nie bez powodu jest jedynym nauczycielem w szkole, który nie ma przezwiska.

– Po co pani tu siedzi, pani sierżant?

Taaft podnosi wzrok. Twarz ma zagniewaną, wykrzywioną jakby od bólu zęba lub kęsa dzikiego jabłka. Ale pośród zapachu sosny i łagodnych promieni zachodzącego słońca rozpromienia się jak Madonna.

– Może chcę złapać wróżkę?

– Jedną z Aes Sídhe?

– Jasne. Myślałaś, dziecko, że nie znam tego słowa? „Lud z Gór”?

Pociąga duży łyk z glinianej butelki. Kilka innych wala się jej pod nogami.

– Nawet wiem, skąd wzięła się ich nazwa. Czytałam tę waszą Księgę podbojów. O tym, jak wyrzuciliście ich z domów i wymusiliście na nich ten traktat…

– Jeszcze się wtedy nawet nie urodziłam! Nikt z nas się jeszcze nie urodził!

– Wasi ludzie wysłali ich „w góry, do podziemi”. Bez względu na to, jakie piekło to oznacza. A tysiące lat później oni wrócili i zamierzają was wykończyć.

– Nie zrobią tego! – Nessa bierze głęboki wdech. Pot zaczyna stygnąć jej na skórze. Wie, że powinna już pójść, ale nie da Taaft satysfakcji, że ta wyprowadziła ją z równowagi. – Większości z nas udaje się przeżyć – mówi. – Od stu dwudziestu pięciu lat szanse na przetrwanie wzrosły z jednego na sto do jednego na dziesięć.

– Wróżki nie będą tego tolerować, dziecko. Daję głowę, że właśnie w tej chwili opracowują plan, jak przywrócić dawny odsetek ocalałych. Cokolwiek wymyślą, mam tylko nadzieję, że sprowadzi je to tutaj, gdzie mogłabym im poprzetrącać te chude karki.

I dokładnie to samo robi z glinianą butelką. Huk rozlega się głośno jak wystrzał, a piwo wylewa się na ziemię.

Nessa przełyka ślinę.

– Muszę wracać, pani sierżant.

Przerwa na pogawędkę okazała się błędem. Ręce zyskały czas, by zorientować się, jak bardzo są zmęczone. Nessa zjeżdża po zboczu, zahaczając nogami o korzenie i kamienie. Kiedy udaje jej się dotrzeć do refektarza, wszyscy są już po prysznicu i skrobią łyżkami po dnach misek.

Anto wyraźnie odczuwa ulgę na jej widok, a potem udaje, że nie patrzy, gdy Nessa kieruje się do jednego ze stołów dla dziewcząt i wciska się między Megan i Antoinette. Za to Conor Geary śledzi ją wzrokiem przez całą drogę od drzwi. Góruje wzrostem nad wszystkimi chłopcami przy stołach. Mógłby zmiażdżyć ją jedną pięścią i zawsze patrzy na nią tak, jakby właśnie zamierzał to zrobić. Niedługo Nessa dowie się dlaczego. Ale nie dziś.

– Na Croma, śmierdzisz! – mówi Megan. – Na szczęście to obrzydliwe mięso powoli zabija wszystkie moje zmysły. Masz! Ocaliłam dla ciebie akurat tyle kolacji, żebyś całą noc przesiedziała w łazience.

– Po co mam w ogóle iść do łazienki, Megan, skoro twoje łóżko stoi obok mojego?

– Nazywasz mnie gnojówą, Nesso Doherty?

– Jak cię nazywam?

– Skoro moje łóżko to klop, a ja w nim jestem, to znaczy…

Przerywa im Antoinette. Jej talerz jest tak czysty, jakby dopiero wyszedł ze sklepu. Zanurza widelec w szybko stygnącym szlamie.

– Zawsze chętna do pomocy, kochane – mówi.

Siedzą przy stole w ósemkę. W ogromnej sali każda klasa zajmuje osobny kąt, chłopcy i dziewczęta osobno. Największą grupę stanowią Pierwszoroczniacy – dziesięciolatki. Wyglądają tak drobno, tak mizernie i uroczo. Truchleją za każdym razem, gdy rozbrzmiewa dzwonek lub kiedy popatrzy na nich krzepki instruktor.

U szczytu sali jest stół ocalałych, gdzie w towarzystwie instruktorów je trójka tych, którzy wrócili od Sídhe. Dziś znalazł się tam Nabil, chociaż nie tyka wieprzowiny. Jego wielkie ciemne oczy zawsze wyglądają tak smutno na tej delikatnej twarzy. Może to wrażenie potęgują blizny na brodzie? Nie zauważa tego jednak Taaft, która aż marszczy się z niezadowolenia, kiedy odkrywa, że jedyne wolne miejsce zostało po lewej stronie Francuza.

Dalej znajdują się stoły nauczycieli, gdzie honory pełni Alanna Breen. Słynna uczona napisała Historię Sídhe i włada ich językiem jak ojczystym. Dziś wieczorem towarzyszy jej pani Sheng, nauczycielka medycyny polowej, i korpulentny, czerwony na twarzy pan Hickey – jeden z pierwszych ocalałych – który wykłada teorię polowania. Śmieje się z czegoś, ale bez względu na to, co to za żart, zrozumiał go tylko on.

Wielu pozostałych nauczycieli woli jeść w samotności lub w pobliskim miasteczku Boyle.

Alanna Breen stuka w szklankę i w sali zapada cisza. Wstaje, nie zwracając uwagi na falujące fałdy na szyi, chociaż to właśnie nimi zasłużyła sobie wśród uczniów na przezwisko „Indyczka”. Mały podbródek skryty w cieniu wielkiego jak skocznia narciarska nosa nie przydaje jej urody. Kobieta przemawia za to mocnym głosem, a słowa przychodzą jej z łatwością. Każde zdanie to gramatyczna perełka złożona z idealnie dobranych przypadków, rodzajów, czasów lub liczb.

– Na pewno wszyscy już słyszeliście, że jeden z naszych uczniów, czyli Ponzy, przeżył Wezwanie.

Czeka, aż ustaną wiwaty.

– Nie wróci do nas tutaj, do Boyle, ale na początku przyszłego tygodnia opublikujemy jego relację. W moim gabinecie będą egzemplarze do pobrania, a pan Hickey – kłania się lekko czerwonemu na twarzy dżentelmenowi u swego boku – omówi z wami ujawnione fragmenty.

– Ujawnione fragmenty, proszę pani?

Pytanie pada z ust Bartley’a, jednego z dwóch pozostałych kolegów Ponzy’ego z Siódmego Roku.

– Ujawnione fragmenty – potwierdza dyrektorka, a słuchacze są tak zaskoczeni, że przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówi. Relacje ocalałych zawsze są publikowane w całości. Ale ten chłopak rano w autobusie, ten, który został Wezwany, mówił coś o Ponzym, że coś poszło… inaczej.

– Wszyscy znamy Ponzy’ego – mówi pani Breen – czyli Jacka Ponsonby’ego, jak powinnam o nim mówić. Prosił… prosił, żebyśmy zapamiętali go takim, jakim był. A po przeczytaniu jego relacji i po konsultacjach z naszym profesorem teorii polowania uzgodniliśmy, że należy usunąć ostatni akapit oraz wszystkie fotografie przedstawiające… hmm… obrażenia Ponzy’ego. I to tyle w tej sprawie. Cieszymy się, że wrócił. Mamy kolejną żywą duszę, która pomoże ratować przyszłość naszego drogiego kraju. Za chwilę podamy deser. Ale najpierw toast.

Unosi kieliszek, a wszyscy idą w jej ślady i wznoszą żarliwy okrzyk:

– Kraj musi przetrwać! Przyszłość należy do nas!

Nessa widzi, że dziesięciolatki im nie towarzyszą. Wszyscy złożyli już głowy na stołach.

– Biedactwa – mówi Antoinette. – Pospali się. Dostali Herbatkę Powitalną.

– Według mnie to jest chore – mówi Megan, a Nessa kiwa głową, mimo że nie zgadza się z przyjaciółką. Pierwszoroczniacy lada moment odbiorą najważniejszą lekcję szkoły przetrwania. Za kilka godzin każdy z nich obudzi się nagi i sam w lesie. To doświadczenie przerazi ich, naznaczy na zawsze. Jest ważne, ponieważ kiedy przydarzy im się to ponownie, będzie to znaczyło, że zostali Wezwani przez Sídhe.

 

Wróć do strony głównej